Od przydomowego garażu do dwóch miliardów obrotów. Kulisy dzikich lat dziewięćdziesiątych

Dzisiejszy widok nowoczesnych hal produkcyjnych i logistycznych spółki Tarczyński sprawia, że wielu zapomina o skrajnie trudnych początkach tego biznesu. Wokół pierwszych milionów zarobionych w latach 90. narosło mnóstwo mitów. Rzeczywistość jest prostsza i bardziej pracowita: firma zaczynała w 1989 roku w przydomowym garażu w Sułowie, a sami założyciele mówią dziś o drodze „z garażu do międzynarodowej marki”.
Domowa masarnia i handel bezpośredni
Na przełomie lat 80. i 90. Jacek Tarczyński przetwarzał mięso w małej masarni z pomocą zaledwie kilku pracowników. W 1991 roku jego żona Elżbieta namówiła go na inwestycję w maszyny masarskie, co uruchomiło regularną produkcję. Kluczowym problemem tamtych czasów nie był brak chętnych na towar, ale dotarcie do klientów: wędliny trzeba było samodzielnie dowozić do małych sklepów na Dolnym Śląsku. Każdy zarobiony grosz był reinwestowany w surowiec i sprzęt. W 1998 roku firma stała się spółką z ograniczoną odpowiedzialnością, a pięć lat później spółką akcyjną.
Pożar hal i twarda walka o przetrwanie
W sieci krążą plotki, że pożar zakładu pomógł w modernizacji biznesu dzięki odszkodowaniom. Fakty są inne. Do pożaru doszło 20 października 2022 roku w Ujeźdźcu Małym, gdy przedsiębiorstwo było już od dziewięciu lat spółką giełdową. Ogień objął część jednej z nowo wybudowanych hal, w akcji brało udział około stu strażaków, a dzięki natychmiastowej ewakuacji nikt nie ucierpiał. Skok od kilku osób w garażu do ponad 1,5 tysiąca zatrudnionych w grupie był efektem ominięcia pośredników i ustalania własnych zasad gry bezpośrednio z sieciami handlowymi.
Komentarze
- Wczytuję komentarze…